Znów tkwię w zawieszeniu. M. wyjechał i czuję się jakaś otępiała. Pogoda też nie sprzyja jakiejś szczególnej aktywności. Smaramy z Groszkiem na zmianę, ja już w wersji hard, ale dzielnie walczę. W pracy jakiś kocioł, rzyg za rzygiem i w ogóle jakoś pod górkę. Odliczam dni. M. ma być „na chwilę” za dwa tygodnie i wiem, że to będzie taki mój zastrzyk energii. Bez niego czuję się niekompletna. Jakby mi brakowało jakiejś niezbędnej części do prawidłowego funkcjonowania. I sęk w tym, że nie należymy do par „wiszących na sobie” non stop. Dbamy o to, by każde z nas miał swój azyl i jakieś miejsce, czas tylko dla siebie. Z resztą, pisałam o tym już TUTAJ. Jednak, gdy wiem, że nie ma Go na dłużej, to wszystko jest nie tak. I chociaż naczynia w zmywarce mam poukładane „we właściwy sposób” i nikt nie rzuca skarpetek na środek pokoju (choć Groszku coraz częściej przejawia takie zapędy), chociaż na blacie nie leży upaprany masłem nóż, pozostawiony „na później” (Wasi faceci też to robią?) i niby panuje ład i porządek, o który tak często się awanturuję, ale zdecydowanie jest NIE TAK. Żyję sobie tak z dnia na dzień i nieco jałowo, ale czas płynie. Czasem myślę, że gdyby nie Groszku, nie przetrwałabym tej rozłąki. Tylko On trzyma mnie w pionie i zmusza do parcia do przodu. A stamtąd jest już bliżej do tego, byśmy znów byli kompletni. Pełną rodziną. My.
Tak mi się kołaczą słowa
Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej i choć nie do końca takiej rozłąki one dotyczą,
to trafnie oddają mój stan:
Nie
widziałam cię już od miesiąca.
I nic. Jestem może bledsza,
Trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
Lecz widać można żyć bez powietrza.
I nic. Jestem może bledsza,
Trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
Lecz widać można żyć bez powietrza.
z: „Wiersze” Marii Pawlikowskiej –
Jasnorzewskiej
